Maniowy okiem kibica

Dwa dni przed meczem dowiadujemy się, że nasz kolejny rywal wymyślił sobie wirtualne zamknięcie sektora dla gości. Nie zniechęciło nas to jednak do podróży oraz mobilizacji i w niedzielne popołudnie autokarem ruszamy z nierozłączną już obstawą psów do wsi zwanej Maniowy.

fot. kibice Beskidu w 75. minucie postanowili przywitać gospodarzy, ci jednak nie byli przygotowani na spotkanie i opuścili w większości własny sektor

Przygody na trasie zapewniała nam tylko przegrzewająca się chłodnica. Na miejsce docieramy około piątej minuty meczu. Okazuje się, że pseudodziałacze Lubania zmienili jednak zdanie i przygotowali dla nas sektor. Po negocjacjach dotyczących cennika wchodzimy do klatki usytuowanej za jedną z bramek. Wykrywacze metali spotykaliśmy dotychczas na lotniskach, a tu proszę, nawet w takiej dziurze byli przygotowani na atak terrorystów.

Miejscowa czeladka wystawia tego dnia ok. 40 osobowy młyn. Nie brakuje wzajemnej wymiany uprzejmości. Prowadzimy rwany, głośny doping, jak zawsze świetnie się przy tym bawiąc. Po kolejnej prowokacji hardej maniowskiej młodzieży, ok. 75. minuty postanawiamy wybrać się po ich łączony baner (bo słowo flaga byłoby nadużyciem) z niejaką Zaporą Kluszkowce. Sforsowawszy wąską bramkę, przedostajemy się pod ich sektor, który opuszczają w popłochu, ale siedząca nam na plecach psiarnia niweczy plan. Jednej osobie nie udało się niestety wrócić do klatki i zostaje zawinięta.

Przy wyjściu z sektora dodatkowo pięć osób zostaje rozpoznanych m.in. dzięki konfidentowi z Tygodnika Podhalańskiego i dostaje wysokie mandaty za hasanie po murawie. Do Andrychowa docieramy po zmroku, powiększając w międzyczasie nasz repertuar wokalny.

Tego dnia na wyjazd udało się 55 osób – 36 fanatyków Beskidu wspartych przez 19 górników z Libiąża, za co wielkie dzięki!

Co do emocji piłkarskich, to Beskidowi w końcu po siedmiu miesiącach udaje się wygrać mecz. Andrychowscy piłkarze i kibice nareszcie odetchnęli.

Zostaw wiadomość